Orunia 1956: Dożynki, kolejki i szynka z robakiem. Tak wyglądało lato w Trójmieście
Końcówka wakacji w Trójmieście w 1956 roku nie należała do spokojnych. Nad morzem wciąż trwało lato, w Oruni świętowano dożynki, w Oliwie zachwycały dalie, a przy molo można było zjeść lody „Pingwin”. Ale coraz wyraźniej dawały o sobie znać szkolne podręczniki, kolejki, spóźnione pociągi, błędne tablice w tramwajach i gastronomiczne niespodzianki, których dzisiejszy sanepid raczej by nie pochwalił. Zajrzyjmy do gazet z drugiej połowy sierpnia 1956 roku i sprawdźmy, czym żyli wówczas mieszkańcy Gdańska, Gdyni i Sopotu.
Wakacje kończyły się w cieniu szkolnych podręczników
W drugiej połowie sierpnia 1956 roku wakacje psuła świadomość, że już „za kilkanaście dni rozpoczyna się nowy rok szkolny”. W gdańskich „Domach Książki”, jak co roku o tej porze, panował „ożywiony ruch i gwar; ścisk przy ladach, ogonki do kas, ożywione twarze dzieci i pytania”. Rodzice i uczniowie mieli nadzieję, że „już wkrótce będzie można nabyć brakujące podręczniki”. Czas był nieubłagany, dlatego też „dzieci polskich emigrantów z różnych krajów, które przebywały jak co roku w Polsce na koloniach letnich i obozach wypoczynkowych”, niebawem „opuszczą nasz kraj na pokładzie »Batorego«”. Jak zapowiadano, „odjazd nastąpi z dworca morskiego w Gdyni”.
Dożynki na Oruni: święto wsi, pracy i urodzaju
Przed wyjazdem można było jeszcze skorzystać z pobytu nad morzem i udać się na „doroczne święto wsi, święto pracy i urodzaju”, które „zapoczątkowali w naszym województwie rolnicy ze wsi położonych w obrębie Wielkiego Gdańska”. Tradycyjne dożynki odbywały się bowiem na Oruni, „do której mimo niesprzyjającej pogody ściągnięto wielu mieszkańców trójmiasta i okolicznych wsi”. Był to czas radości i dziękczynienia za plony, zgodnie z polską tradycją ludową.
Oliwski ogród botaniczny: piękno i wandalizm
Można też było udać się na spacer do Oliwskiego Ogrodu Botanicznego, gdzie czekała „największa w Polsce kolekcja dalii, rybki – neony i inne cuda”. Niestety, „niektórzy ze zwiedzających Ogród Botaniczny sprawiają personelowi sporo kłopotu”, jako że „wyrywają »na pamiątkę« różnego rodzaju sadzonki, depczą rośliny itd.”. A przecież „ogród jest powierzony opiece publiczności” i wszyscy powinni „strzec go przed bezmyślną chuliganerią”. Może problem leżał w błędnych tablicach ostrzegawczych? Nie byłby to bowiem pierwszy przypadek w Trójmieście, gdy „magiczne tabliczki” skutecznie utrudniały życie mieszkańcom i przyjezdnym.
Komunikacja miejska: błędne tablice i spóźnione pociągi
Wystarczy wspomnieć „tablice orientacyjne na przedzie wozu tramwajowego”, błędnie „oznajmiające wszem i wobec”, gdzie jedzie tramwaj. Tyle że nie był to jedyny problem trójmiejskiej komunikacji. Wprawdzie wiadomo, że „pociągi dalekobieżne w zimie mogą się opóźniać” z powodu „śniegu, silnego mrozu, jednym słowem ciężkich warunków atmosferycznych”, to dlaczego w pełni lata wciąż słychać było, że pociąg z Krakowa, Częstochowy czy innych miast jest opóźniony o 60, 80 i więcej minut. Nie lepiej było też z transportem kołowym, zwłaszcza gdy za kierownicą siedział „uparty kierowca albo chuligan”. I jeszcze nie chciał wyjechać poza Trójmiasto. Choć chuliganów, zwłaszcza takich, którzy grali „w karty, pili wino, palili papierosy”, nie brakowało też i w centrum Gdańska.
Gastronomia: lody „Pingwin” i szynka z robakiem
Wakacje bezlitośnie obnażały także słabość trójmiejskiej gastronomii, zwłaszcza tej bardziej „przyziemnej”. Cieszyło, że Okręgowe Przedsiębiorstwo Barów Mlecznych wprowadza do sprzedaży „nowy rodzaj lodów »Pingwin« w czekoladzie”, a „smacznie i szybko można zaspokoić głód w stoisku MHM przy molo”, gdzie był „duży wybór potraw”: smaczne sałatki, ryby, parówki, flaczki, pieczenie itp. i gdzie „człowiek pracy, wolny od zajęć i szuka wypoczynku”.
Tyle że czasem, już za sam wstęp na molo „trzeba płacić trzy złote albo i drożej”, więc „obarczeni liczniejszą rodziną skromni obywatele nie mogą sobie pozwolić na taki luksus i bardzo rozżaleni spacerują w pobliżu mola”. Przeważnie jednak, stojąc „w barowych kolejkach”, dalekim było się od optymizmu: w wielu lokalach „na podłodze śmieci, w kątach dosłownie sterty papierów, nawet i na stolikach ich nie brak”. Nie zawsze też zadowalał jadłospis, bo nie było „zup (poza mlecznymi), ani np. ziemniaków”. W innym miejscu ustawiała się bardzo długa kolejka, jak na Długiej, albo, jak w bufecie PSS w kinie „Warszawa”, „od pewnego czasu nie ma ani szklanek, ani kufli do piwa, czy lemoniady”. Podobno „nie ma szklanek, bo zabroniono”. Szkoda jednak, że nie zabroniono serwowania klientom szynki nadziewanej robakiem.
Źródło: „Dziennik Bałtycki” nr 197 z 18 sierpnia 1956 r., nr 198 z 19/20 sierpnia 1956 r., nr 199 z 21 sierpnia 1956 r., nr 200 z 22 sierpnia 1956 r. i nr 201 z 23 sierpnia 1956 r. Skany pochodzą z Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej.